Trzeba być zawsze sobą

Bardzo lubię moment, kiedy dostaję wywiad do kolejnego odcinka Francuskie Historie Polek i czytam go po raz pierwszy. Odnajduję kawałeczki swoich własnych francuskich, emigranckich przeżyć ale też za każdym razem uczę się o Francji nowych rzeczy. Każda historia to inne doświadczenia, spojrzenie na życie, emigrację i francuskie sprawy. Niektóre dziewczyny myślały, że przyjeżdżają tylko na chwilę, inne decyzję o zostaniu na lata bardzo świadomie. Wyjątkowo często przewija się motyw miłości, która je do Francji zwabiła. Nic więc dziwnego, że kraj ma tak romantyczną opinię!

Czara mieszka w Paryżu pięknie o nim opowiada. Pamiętacie moje zestawienie ulubionych blogów o Francji? Tam po raz pierwszy wspominałam o jej blogu i niezmiennie lubię zaglądać pod ten adres. Nie będę przedłużać wstępu, bo szykuje się Wam porządna porcja francuskich spostrzeżeń i przeżyć do przeczytania. Miłej lektury!

Rozmowa z Czarą mieszkającą w Paryżu

Opowiedz o sobie w kilku słowach. Czara jest bardzo tajemniczą postacią!
To ciekawe stwierdzenie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że „życie czary” jest publicznie od lat dokumentowane… A poważniej mówiąc – nie lubię zdania zaczynać od „jestem”, więc niech to zdanie zacznie się od tego, że mieszkam w Paryżu od dziesięciu lat, przynajmniej jedną nogą. Właśnie dziesięć lat temu przyjechałam tu po raz pierwszy i poznałam swojego obecnego męża, dla którego w końcu zdecydowałam się na ziemi francuskiej osiedlić również tą drugą nogą.

Bloga zaczęłam pisać jeszcze w Krakowie, w czasach, kiedy blogerzy mówili o sobie „blogowicze” i wszyscy mieścili się na jednej platformie. Paryski zwrot był jednak dla mojego pisania ogromną inspiracją, momentem, w którym wyszłam trochę ze swojej skorupy i zaczęłam skupiać się na tym co na zewnątrz, na całej magii miasta, które rzuciło na mnie swój czar. Inną inspiracją jest właśnie mój mąż, kryjący się pod wyszukanym, ekhm, pseudonimem D., dzięki któremu moja opowieść czasem zamienia się w żartobliwy dwugłos. No i obecnie też nasz synek, na potrzeby blogowe zwany Hobbitem, a który jednak też potrafi mnie mocno od pisania odwodzić (czego zresztą i Ty Izo doświadczyłaś;)

Skąd wzięło się „rozcinam-pomarańcze” w adresie bloga?
Rozcinanie pomarańczy z adresu bloga natomiast wywodzi się ze słynnego wiersza Haliny Poświatowskiej. To nie był jakiś przemyślany wybór, a raczej impuls  Podobało mi się – rozcinanie czegoś, co przecież i tak dzieli się na osobne cząstki, jak precyzyjna analiza soczystego świata. Tak więc „rozcinanie pomarańczy” to mój sposób na opowiadanie o świecie, którego doświadczam, na zapisywanie różnych refleksji, czy mniej lub bardziej zabawnych anegdotek. To też jakieś trochę bogatsze przeżywanie codzienności, nawet tej szarej i pozornie pozbawionej jakiekolwiek czaru.

Francja wybrała Ciebie, czy Ty Francję? Od czego się zaczęło?
Aż chce mi się odpowiedzieć, że jak zwykle na początku było słowo… Otóż moja droga do Francji prowadziła przez wyboistą ścieżkę języka Moliera. Choć język ten w trakcie drogi szkolnej został mi narzucony, po paru latach, podczas których chłodno reagowałam na jego awanse, moja miłość do niego gdzieś tam późnawo, ale gwałtownie wybuchła. Gdy więc pod koniec studiów zjawiłam się nad Sekwaną nie posiadałam się z zachwytu, że praktycznie każdy mówi tam po francusku. Delektowałam się akcentem, nowymi zwrotami i wyrażeniami. A potem uwiodło mnie miasto. I mój mężczyzna. Drogi odwrotu już nie było. Po powrocie do Polski życie zawodowe związałam z językiem francuskim nie wyobrażałam sobie niczego innego. Mieszkałam jeszcze parę lat w Krakowie, ale duszą i sercem coraz bardziej w Paryżu.

Gdy już przeprowadziłaś się na stałe, co było najtrudniejsze, a co najprzyjemniejsze dla młodej emigrantki?
Przeprowadzałam się bardzo stopniowo więc zdziwiło mnie, że ostateczna rezygnacja z mojego polskiego miejsca na ziemi okazało się tak trudne. Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że życie moich przyjaciół nie będzie już moim życiem i ta tęsknota była dotkliwa. Z drugiej strony, choć znałam już dobrze francuską kulturę, dużo rzeczy nagle zaczęło mi przeszkadzać, gdy już nie byłam tylko gościem. Trudne okazało się na przykład przyzwyczajenie się do swoistego „wyregulowania” Francuzów. Choćby do tego, że posiłki są o konkretnych porach i raczej nikt sobie nie pozwala na jakąś nieodpowiedzialną dywersję jadania obiadu dajmy na to o piętnastej. Że jeśli na śniadanie zamiast croissanta popijać sokiem pomarańczowym wsuwa się, dajmy na to, chlebek z rybką to jest się już uważanym za strasznego dziwaka. Tu nie ma miejsce na jakąś dziką improwizację i nasz słowiański chaos. Ale cóż, w końcu i ja dałam się „wyregulować”.

Drugim trudnym aspektem było zaakceptowanie tego, że mimo iż duch Kartezjusza wciąż uroczyście unosi się pod francuskimi dachami, to obowiązuje tu nie tyle „myślę więc jestem” ale raczej „pracuję więc jestem”. Już wyjaśniam: pierwszym pytaniem zadanym przez nowopoznanego Francuza jest to o pracę. Zresztą drugim i trzecim też. Zanim zrozumiałam, że tutaj ludzie bardzo się identyfikują ze swoim zawodem i stanowiskiem pracy i tak samo też ciebie sytuują w mentalnej socjoprzestrzeni, minęło trochę czasu.

Ale jednak długofalowo czymś najtrudniejszym było poczucie, że wszystko co robię dziwnego czy nietypowego idzie nie tyle na moje konto, ale na konto „wy w Polsce”. Bardzo nie miałam ochoty na co dzień reprezentować naszych czterdziestu milionów rodaków… Choć nie ukrywam, że bycie kimś innym, trochę egzotycznym, było też przyjemne i dużo na tym można „ugrać”.

Opowiedz o Paryżu. Jak go widzisz? Zdarza Ci się jeszcze widzieć go oczami zachwyconej turystki, czy jest już tylko zakorkowaną metropolią, gdzie wszyscy ciągle się spieszą?
Powiedziałabym, że teraz zdarza mi się widzieć Paryż oczami zachwyconej nim mieszkanki. Do pewnego czasu nie potrafiłam nawet nasycić się całą tą ofertą kulturalną –wystawy, kina, teatry, po prostu szum w głowie od nadmiaru. Jednak od czasów urodzenia naszego synka zaczęłam też doceniać w tym mieście coś innego, choćby życie w naszej „quartier” czyli dzielnicy. Mieszkamy teraz w bardzo kosmopolitycznej dwudziestce. Jest tu taki koloryt, taka mieszanka wszystkiego i wszystkich, że trudno byłoby mi się teraz przestawić na  jakieś inne, bardziej sterylne miejsce. Dzięki naszemu synkowi poznaliśmy tutaj mnóstwo innych ludzi i często czuję się jak w małej wiosce.

Poza tym historia miasta w szerokim sensie tego słowa – jego dzieje, jego mieszkańcy, ale też wszystko to, co opowiadają budynki i zabytki – bardzo mnie wciągnęła. Paryż więc jest dla mnie nie tylko przestrzenią życiową, którą czasem, owszem czuję się zmęczona, ale po prostu moim hobby, które wymaga ciągłego zgłębiania. Jestem bardzo wrażliwa też na swoistą miejską poezję, też na to co trochę bardziej zaniedbane, zapuszczone, na to co dyskretnie daje odczuć swoją tajemniczość i pobudza wyobraźnię, a takich miejsc w Paryżu też nie brakuje, a już w mojej dzielnicy jest ich naprawdę pod dostatkiem.

Pisząc te słowa miesiąc po zamachach w Paryżu, nie mogę nie dodać, że po tamtych przeżycia, które można by określić wręcz jako graniczne, czuję się z tym miastem jeszcze bardziej związana niż kiedykolwiek.

Co Francja w Tobie zmieniła?
Pierwszy szczegół, może oczywisty – nauczyłam się na pewno od Francuzów kultury związanej z celebracją posiłków, delektowania się nowymi smakami, na które wcześniej byłam raczej zamknięta. Może ilości wina, jakie tu się serwuje do posiłku bardzo to ułatwiają… Bardziej górnolotnie mogę natomiast powiedzieć, że Francja nauczyła mnie, że trzeba być zawsze sobą, mimo najwyższych czasem kosztów, że inaczej nie da się być szczęśliwym.

Czara w Paryżu

Co lubisz w niej najbardziej, a co najmniej?
Podoba mi styl życia – ta nieśpieszna celebracja chwil. Odpowiada mi tutejsza służba zdrowia, szybkie choć bardzo drogie pociągi, klasa i styl ubierania się ludzi, zwłaszcza starszych (mówię właściwie o Paryżu). Zazdroszczę Francuzom szacunku dla swojej historii i architektury, przejazd przez francuską prowincję może stać się prawdziwą podróżą w czasie w najlepszym tego słowa znaczeniu.  Podoba mi się, że nawet żyjąc na wsi, ma się szeroki dostęp do kultury i że ta kultura jest tu bardzo ważna dla większości zjadaczy chleba. I niesamowicie uwielbiam stare francuskie domy, pełne starych mebli i wspomnień, w których życie zatrzymało się w dawnych wiekach, o czym dużo pisałam. My tego w Polsce niestety nie mamy – stąd też jesteśmy dużo bardziej zwróceni w przeszłość czy skupieni na teraźniejszości. Francuska przeszłość jest ciągle obecna tu i teraz.

Czego nie lubię we Francji? Na pewno tego sformatowania, o którym pisałam wcześniej i po prostu konformizmu, który, mam wrażenie, tu wszechobecnie panuje. Nie podoba mi się tutejszy sposób wychowania dzieci. Obce mi też jest francuskie podejście do państwa –Francuzi oczekują, że państwo zajmie się wszystkim, w Polsce raczej bliższe było mi powiedzenie – „niech państwo nam nie przeszkadza”. Brakuje mi też filozofii „klient nasz pan”, na przykład ciągle mam na pieńku z paryskimi kelnerami, moi czytelnicy dobrze to wiedzą.. Na koniec – przeszkadza mi tutejsza kultura pracy, to że praca wypełnia cały dzień (wymusza to choćby co najmniej godzinna przerwa na posiłek i późniejsze rozpoczęcie godziny pracy). Czasu dla rodziny nie da się nadrobić w weekendy.

Jak odnalazłaś się na francuskim rynku pracy?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo akurat na tym rynku jako – brzydko mówiąc – towar nigdy nie wystąpiłam. Gdy postanowiłam się osiedlić we Francji, akurat miałam plany rozszerzać na jej rynek działalność firmy, którą prowadziłam z koleżanką. Nie było to łatwe zadanie, szczególnie, że czułam się bardzo wyobcowana pracując w domu, mając małą możliwość integrowania się ze społeczeństwem. Postanowiłam skorzystać więc z ostatniej pewnie okazji w życiu (przynajmniej wtedy tak myślałam) i połączyć pracę ze studiami w całkiem nowym kierunku. Przeżyłam pasjonującą przygodę i w międzyczasie przebranżowiłam się zupełnie i postanowiłam na samozatrudnienie, które dawało mi dużą elastyczność. Zresztą elastyczność tę doceniłam najbardziej po urodzeniu mojego synka, kiedy to mój czas zupełnie przestał należeć do mnie, a każda chwila z moim dzieckiem stały się tak cenne, że żadne pieniądze nie mogły mi ich zrekompensować.

Francuzów określiłabyś jako zamkniętych czy otwartych na kontakt z imigrantami? Czy masz jakieś sposoby, aby przełamać pierwsze lody w nowym, francuskim środowisku?
Mam wrażenie, że to bardzo zależy od człowieka. Przede wszystkim, nie ma tu takiej ciekawości wobec obcokrajowców, jaka wydaje mi się, że jest w Polsce (a może powinnam napisać: była?). Zwłaszcza w metropoliach. Ja miałam ogromne szczęście, bo weszłam do rodziny, u której jednak ta ciekawość „inności” jest duża i gdzie naturalne jest, że mówi się różnymi językami. We Francji bardzo ważne jest to, co Francuzi określają mianem „kodu” – niepisane obyczaje, znajomość różnych zachowań, konwenansów, skrótów. Potrzeba trochę czasu, żeby zacząć się w tym swobodnie poruszać. Niezwykle istotny jest język, jest mała tolerancja na to, że nowoprzybyła osoba nie mówi po francusku. Mówiłam już też o tym jak bardzo praca determinuje tu człowieka.  Stąd moja rada – na to przełamanie lodów warto przygotować sobie jakąś ciekawą narrację o sobie w wymiarze profesjonalnym – o swojej dotychczasowej ścieżce, ale też marzeniach czy planach. To zawsze daje drugiej osobie jakiś punkt zaczepienia, może jakiś element wspólny. Innym moim sposobem na wejście w kontakt  jest powiedzenie czegoś kontrowersyjnego, wspak francuskim przekonaniom – wystąpienie z pozycji zbuntowanego outsidera. Ale to już trzeba lubić w takiej pozycji się znaleźć…

Czy zdarza Ci się tęsknić za Polską? Za czym najbardziej?
Przychodzi mi na myśl taka rodzinna anegdotka. Podobno mój brat, który jako mały chłopiec długo przebywał w Czechosłowacji z moją mamą, bardzo tęsknił za krajem argumentując swoją tęsknotę tym, że w Polsce wszystko jest ładniejsze. „I drzewka są ładniejsze, i chmurki są ładniejsze i niebo jest ładniejsze”. Ja tak na co dzień wprawdzie bardzo tęsknię za rodziną i przyjaciółmi, ale dzięki temu, że czytam regularnie polskie gazety i słucham polskiego radia, jakoś tej tęsknoty nie czuję. Za to kiedy już mój samolot wyląduje na tej naszej polskiej ziemi, kiedy jadę z lotniska przez lasy do domu, patrzę dokoła i myślę „o rety, naprawdę te drzewka i chmurki tutaj są jakieś ładniejsze!”.

Czy do emigracji w Paryżu można się przygotować? Co poradziłabyś osobie, która się na nią zastanawia?
Warto przygotować się na pewno od strony językowej. Nawet jeśli się nie mówi po francusku, dobrze jest nauczyć się choćby parę zdań i zwrotów, których można użyć zanim przejdzie się na język angielski. Tak jak wszędzie – dobrze jest mieć jakiś tzw. punkt startu, na przykład w Paryżu bardzo dotkliwe są problemy mieszkaniowe, proces wynajmu jakiegoś lokum jest tu niesamowicie karkołomny nawet dla Francuzów-paryżan od lat. A już po przyjeździe – moja rada to zacząć się rozglądać za jakimiś organizacjami, które działają w dzielnicy gdzie się mieszka. To bardzo pomaga, jeśli chodzi o integrację, często można tam spotkać kogoś, kto ma podobno przejścia lub wprost przeciwnie – innych niż my fascynujących ludzi, których inaczej mogłoby się nigdy nie poznać. Ale moja najważniejsza rada to: po prostu być sobą. Tylko tyle i aż tyle.

Na koniec, powiedz proszę, jakie Twoje trzy ulubione miejsca w Paryżu poza głównymi szlakami, którymi chodzą turyści.
Najbardziej lubię te miejsca, z których można na wszystko spojrzeć w góry, wziąć miasto w objęcia wzroku. Takim miejscem jest wszystkim znany Montmartre więc ja napiszę o zakątku mniej znanym i niedocenianym – o parku Belleville. Nie tylko posiada przepiękny belweder, z którego widok na miasto po prostu zapiera dech w piersiach, ale na dodatek jego kręte i strome alejki pełne róż są bardzo romantyczne. Uważam się za szczęściarę, mieszkając blisko takiego parku. Zresztą w ogóle polecam wałęsanie się po uliczkach Belleville, najlepiej z albumem Willy’ego Ronisa w ręku. Można zupełnie się zgubić i odnaleźć w jakichś innych czasach. Polecam też bistro, usytuowane tuż przy belwederze Mon Coeur, nawet w chłodne dni można podziwiać Paryż z ich „ogródka”, owijając się mocno kocem, który oferuje kelner.

 Drugie miejsce to będzie kanał l’Ourcq. Mniej znany od kanału świętego Marcina, a również bardzo urokliwy. Ja jestem zawsze pod wrażeniem zwodzonego mostu na wysokości ulicy Crimée, kiedy się podnosi zawsze zbiera się tam kilku gapiów. Można się przyłączyć  poczuć trochę jak zafascynowane nowym odkryciem dziecko. A no właśnie – jeśli podobnie tak jak ja jest się mamą z nieodłącznym berbeciem, to polecam kawiarnię dla dzieci Cafezoïd. Hobbit uwielbia, ja wprawdzie muszę założyć słuchawki na uszy, ale… wreszcie można spokojnie napić się kawy, nakarmić dziatwę czymś dobrym, zdrowym i bardzo tanim i po prostu odpocząć, często przy ciekawej z kimś nowopoznanym pogawędce.

Tyle jeśli chodzi o wschód Paryża. Jeśli chodzi o miejsce bardziej centralne – to spędziłam długi godziny na czytaniu czy nauce w ogrodach Palais Royale. To takie bardzo „klasyczne” paryskie miejsce, gdzie fontanny, rzeźby i regularne podcienia przypominają czasy Ancien Regime’u.  A gdy kwitną magnolie można totalnie stracić głowę. Dla tych ogrodów, dla Paryża czy w ogóle dla życia!

Czaro, bardzo dziękuję Ci za rozmowę!

Bloga Czary znajdziecie klikając TUTAJ.

***

Czara powiedziała: “zdarza mi się widzieć Paryż oczami zachwyconej nim mieszkanki”. Czy Wy też spoglądacie tak – choćby od czasu do czasu – na miejsce, w którym mieszkacie?

Tradycyjnie dopowiem, że jeśli macie dodatkowe pytania do Gosi, komentarze są do Waszej dyspozycji :)


Czujesz niedosyt?
Polub fanpage FB Love for France, a znajdziesz wiele dodatkowych treści związanych z Francją.


By | 2017-05-12T16:00:42+00:00 Grudzień 19th, 2015|emigracja, francuska codzienność|5 komentarzy
  • Pietia

    Ponad tydzień wisiał ten wywiad na zakładce, bo nie chciałem w pośpiechu i roztargnieniu go czytać. Czary nie czyta się w pośpiechu:) I te pomarańcze- olśnienie po prostu! Nigdy w ten sposób nie myślałem tak o nich. Piękne!

  • peregrino

    wspaniale się czyta tak ciekawy wywiad z zawsze czarującą Czarą .. no i warto było bardzo dowiedzieć się co i jak z tymi pomarańczami .. pozostaje tylko udać się metrem do stacji Pireneje i śladami Czary spoglądać na Paryż z Belwederu w Parku Belleville! :^)

    • Pomarańcze Czary intrygowały mnie od dłuższego czasu ;) Szkoda, że Paryż nie jest bliżej..

  • Bardzo lubię serię o Polkach w Paryżu, na pewno piszę to pod każdym wpisem :P Idę popatrzeć na bloga Czary :)