5 rzeczy które zdziwiły mnie w Alzacji! – tekst Ani z bloga Illumineuse w cyklu Alzacja moimi oczami

Podobno nie ma rzeczy idealnych, a każdy medal ma dwie strony. Rzecz w tym, że osobiście wolę Alzację chwalić i się nią zachwycać, niż koncentrować się na tym, co w niej można by poprawić. Tak to jest, jak się komuś po latach spełni marzenie o mieszkaniu we Francji 😉

Są z kolei takie osoby, którym krytyczny opis rzeczywistości wychodzi naprawdę dobrze. Bez smętu, zrzędzenia i pesymizmu. Ania jest jedną z nich. Ma zaraźliwy śmiech i charakterystyczne poczucie humoru. W zasadzie może opowiadać o czymkolwiek, a i tak wszyscy obecni po chwili zaczną rechotać. Oprócz tego, że jest psychologiem i potrafi zajrzeć człowiekowi do wnętrza, prowadzi bloga Illumineuse, na którym opowiada o życiu we Francji, wychowywaniu dziecka i związku z Francuzem.

Właśnie taki tekst dziś Was czeka. O Alzacji bez ochów i achów, natomiast życiowo i zabawnie.

Ania z Illumineuse:

Trzeba wiedzieć, że to jest Sopliców choroba, że im oprócz Ojczyzny nic się nie podoba.

A.Mickiewicz: Pan Tadeusz, Księga III, w. 622623

Pierwszy raz na wakacje do Francji wybrałam się w sierpniu 2012 roku. Spędziłam tu wtedy miesiąc, w malowniczym miasteczku pod samym Strasbourgiem. Zdziwiło mnie przede wszystkim to, że Strasbourg jest we Francji! Kiedy w styczniu 2013 roku przywiozłam tu swojego kota i fotel z IKEI, żebyśmy zamieszkali razem i na stałe – nadal byłam zdziwiona, że Strasbourg jest we Francji, bo każdy napotkany tubylec mówił: „Jak pojedziesz do Francji…” . Okazało się, że specyfika regionu, który wyrywali sobie Niemcy i Francja, nie pozwala autochtonom jednoznacznie określić przynależności. Zadziwiające rzeczy spotykamy tutaj na każdym kroku, zaczynając od… 

  1. Bociany!

Ja, wyrwana z najgłębszej dziury Warmii i Mazur, przyjeżdżam tutaj i co? I nie tylko krajobraz nieznacznie rożni się od tego, co widywałam spacerując po łąkach u dziadków na wsi, ale też wszem wobec i każdemu z osobna mieszkańcy Alzacji chwalą się, że bociany są „Made in Alsace” . Dumnie paradując z białym ptakiem na koszulce czy parasolu, manifestują wyjątkowość w skali Europy! Naszymi bocianami!  A kiedy mówię im, że u nas na wsi to całe to alzackie stado bocianów zmieściłoby się na jednej chałupie, pytają: A Polska graniczy z Rumunią? 

  1. Restauracje 

Nie żeby coś było z nimi nie tak. Wszystko jest w porządku, jeśli lubicie wszystko co można znaleźć w trawie (wliczając w to krowi placek, bo niektóre potrawy tak właśnie pachną). Zbyt prosta jestem na wyrafinowaną, półsurową lub jeszcze–żywą kuchnię francuską. Jednak jeśli już zdarzy mi się być w terenie i zgłodnieć, lepiej żeby odbywało się to w godzinach między 12 a 14, bo później istnieje ryzyko, że będę musiała zadowolić się zamkniętymi drzwiami restauracji. Wiadomo, że w większych miastach łatwiej napotkać McDonald’s (zwany tutaj Macdo) czy rodzimą sieciówkę-śmieciówkę Quick, niż na prowincjach, a te dobrodziejstwa są zawsze otwarte. Jeśli marzycie jednak o obiadku, to wyregulujcie swoje polskie brzuchy z 15 na 13, bo możecie być głodni. 

  1. Wymarła niedziela 

Tak ma Alzacja, że jak już masz wolny dzień ( a nawet dwa), to fajnie by było coś załatwić. Na zakupy w sobotę jeżdżą tylko desperacji i samobójcy – na bank dostaną załamania nerwowego w kolejce przy wejściu do sklepu. Dyskonty, wszelkiego rodzaju Lidle, Auchany, Carrefoury wypełnione są ludźmi bardziej niż autobusy miejskie w Warszawie. Jeśli zdarzy się, że czegoś zapomnieliśmy kupić i akurat w międzyczasie nadeszła sobota – gramy w marynarza i przegrany jedzie do sklepu. Okolice handlowe w sobotę tętnią życiem, pewnie z góry wyglądają jak mrowiska. A w niedzielę wszystko zamiera. Kto nie zdążył popełnić samobójstwa w sobotnim szale zakupów, ma jeszcze szansę pogrążyć się w niedzielnej pustce. Ludzie znikają z powierzchni ziemi, samochody giną z parkingów. Czasami nawet place zabaw straszą pustymi huśtawkami. Nie wiem gdzie chowają się ci wszyscy ludzie, bo w niedzielę wszystko (WSZYSTKO) jest zamknięte. To szok dla kogoś, kto mieszkając w centrum Warszawy, celebrował niedziele powolnym obchodem licznych Centrów Handlowych czy muzeów. Nie ma szans, w niedziele muzea śpią w Alzacji .

  1. Gdzie te kobiety?! 

Lekko się tremowałam przed przyjazdem tutaj, czy zdołam się wmieszać w tłum eleganckich kobiet wystrojonych w mniej lub bardziej oryginalne Louboutiny. Przez cztery lata studenckiego życia, nawet do okolicznej biedronki ganiałam na obcasach. A tutaj nie tylko kobiety w butach na obcasie można policzyć równie łatwo jak Warszawskie linie metra, ale też do elegancji jest im tak daleko jak mnie do baletnicy. Przez moment zastanawiałam się, czy nie szukam w złych miejscach, ot może Strasbourg nie jest od razu taki m siedliskiem mody i lansu, jak na przykład Paryż. Na przykład Pola Elizejskie, najbardziej lansiarskie miejsce w Europie. Podglądając ludność w stolicy Francji, też nie dopatrzyłam się przytłaczających pokładów elegancji wymieszanej z niezliczonym bogactwem. Mit obalony! Moim zdaniem (patrz cytat na początku) Polki są dużo bardziej ogarnięte i częściej opada mi szczęka na ich widok gdy jestem w Warszawie, niż gdy jestem w Paryżu na widok paryżanek. Pocieszające jest to, że nie wygląda się jak uciekinier z zakładu dla obłąkanych, gdy nosimy płaskie buty, bo tutaj nikt nie ma czasu ani chęci katować się obcasami. Dzięki zachodnia Europo! 

  1. Przereklamowana 

Francja i francuskie produkty obrosły w Polsce pewnego rodzaju czcią. Znaczek „Made in France” miał dodawać +100 do jakości, +50 do lansu i jeszcze kilka punktów do dobrego samopoczucia. Francuskie wina, sery, jedzenie, ubrania, kochankowie… Wszystko to jest owszem dobre, ale czy tak drastycznie lepsze? To co myślałam o Francji zanim tu przyjechałam, okazało się nie mieć odzwierciedlenia w rzeczywistości. Może to tylko mój błąd poznawczy, ale Francja nie okazała się lepsza od Polski pod tymi względami, o których myślałam na początku – kulturze, jakości produkowanych dóbr, samochodów. Jest lepsza pod innymi względami, które żeby poznać trzeba tu pomieszkać i doświadczyć niektórych rozwiązań na samym sobie.

+ BONUS 

Nie ma tutaj reklam wielkoformatowych na każdym bloku! Szkaradność takich zauważyłam dopiero rok po wyprowadzce z Polski, kiedy w końcu dostrzegłam różnicę między Polską a Francją. 

A poza tym? Nic mnie nie zdziwi – psy robią kupy na chodniki a ich panowie obojętnie przechodzą nad tym do porządku dziennego, kierowcy na siebie trąbią a dzieci rzucają w siebie piaskiem w piaskownicy. Małe życie jak wszędzie. Tylko te bociany, ewenement na skalę Europy…

Uśmiechnięta Iza

Cześć, jestem Iza, przewodniczka po Alzacji i lektorka francuskiego. Pomagam kobietom – zwłaszcza emigrantkom – poczuć się we Francji jak w domu.

Chcesz czerpać z Francji to, co najlepsze – do tego z lekkością i po francusku? Pobierz darmowy pomocnik językowy „Sięgnij po małe francuskie przyjemności”

0 Odpowiedzi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Podobne na blogu

Merci! Twój pierwszy krok do francuskich przyjemności już za Tobą.

Jeszcze tylko jedno kliknięcie dzieli Cię od pobrania mojego praktycznego pomocnika
językowego.

Instrukcja krok po kroku

  1. Otwórz swoją skrzynkę e-mail – sprawdź folder „Odebrane”, a jeśli trzeba, też „Spam” lub „Oferty”.
  2. Znajdź wiadomość ode mnie z tematem: Potwierdź swój adres, aby odebrać pomocnik.
  3. Kliknij link potwierdzający – po chwili otrzymasz wiadomość z materiałami PDF, audio i wideo.

Gdy tylko potwierdzisz, odkryjesz:

  •  jak zamówić po francusku kawę,
  • kupić bagietkę jak lokalna mieszkanka,
  • wybrać wino w piwnicy winiarskiej – i to bez stresu!

Kliknij w link w e-mailu i zacznij mówić po francusku… jeszcze dziś!

Moja Alzacja stosuje pliki cookies. Więcej przeczytasz w polityce prywatności, a w każdej chwili możesz dokonać zmiany ustawień cookies w swojej przeglądarce.

Wyślij mi wiadomość

A może chcesz poszukać czegoś na stronie?

Wyślij mi wiadomość

A może chcesz poszukać czegoś na stronie?

Zapisz się

dziękuję

Został ostatni krok…

Sprawdź swoją skrzynkę mejlową i kliknij w potwierdzający link.