Przeprowadzka do innego kraju, wyjazd na kilka miesięcy, kilka lat? Emigracja? To już dawno nie są pojedyncze historie a codzienność, coraz szerszy strumień rzeczywistości. My wyjeżdżamy, inni przyjeżdżają, mieszamy się, mieszamy kultury, nawyki, optyki, mentalności, stereotypy, uprzedzenia. Nowe wyzwania i nowe odkrycia.

Nie lubię słowa emigracja. Ma w sobie napięcie oddalenia, samotności, tęsknoty za krajem (na nutę „jeszcze Polska nie zginęła”), ale również kojarzy mi się trzymaniem się w polskiej diasporze i podziałem na ‘sami swoi’ oraz ‘ten obcy (tutejszy)’. Gdy używam słowa emigracja, jest to dla mnie termin techniczny.

Jest kilka rzeczy, które ułatwiają przeprowadzkę albo dłuższy do innego kraju. Dzięki nim zmiany stają się mniej dotkliwe. Po pierwsze, trzeba mieć naprawdę dobry powód do wyjazdu. Po drugie, bardzo pomaga utrzymanie kontaktu ‘ze starym światem’. Trzecia, to zgoda na uczenie się funkcjonowania w międzykulturowej rzeczywistości.

towards changes

Ojczyzna ma
Świat ludzi bliskich. Można było z nimi iść na kawę, na wino, na spacer, do kina, gdziekolwiek. Byli tuż obok, przez ulicę, przez rondo. Czasem jechało się do nich metrem, autobusem, czasem pociągiem. Oni przyjeżdżali, odwiedzali o różnych porach. Te odwiedziny mojej mamy bardzo wcześnie rano. O 6tej z minutami, przed pracą, piłyśmy u mnie kawę. Przyjeżdżała pobyć, poplotkować, przywoziła moją korespondencję, która nadal przychodzi czasem na jej adres, coś na obiad, a czasem coś do lodówki. Tęskni się za tym!

Nie ma znaczenia, czy nowy dom jest we Francji, Anglii, Szwajcarii (to jeszcze względnie blisko), czy znacznie dalej w Brazylii, Ghanie czy Kanadzie. Ciągłość kontaktu jest potrzebna do życia, zdrowia i równowagi psychicznej. Niezbędne? Stałe łącze, Skype i niektóre abonamenty telefoniczne z darmowymi połączeniami na telefony stacjonarne.
Dla tych, co w Europie, bliska sercu jest też obietnica komisarz Neelie Kroes o wprowadzeniu regulacji znoszących opłaty roamingowe na terenie Unii Europejskiej. 3go kwietnia Parlament Europejski zagłosował na „tak”, co daje bardzo duże szanse, że do końca 2015 roku uda się sprawę zamknąć. Znowu będzie można dzwonić do wszystkich w Polsce, jakby mieszkało się na drugim końcu miasta. Radość!


Szok? kulturowy

Praktykuję stały kontakt. Czasem długie maile, czasem długie rozmowy. Daje mi to wrażenie, jakby odległość między Alzacją a Mazowszem była zdecydowanie mniejsza. Przyjrzałam się natomiast ostatnim kilku dniom. Pięć rozmów, pięć kobiet, jeden mianownik – życie na styku kultur.

Notuję to, jako obserwację. Postępuje powszechny wyjazd w międzynarodowe związki. Związki narzeczeńskie, małżeńskie. Albo związki koleżeńskie i przyjacielskie, z pracy, uczelni, dzielonego z kimś pokoju. Przeprowadzka. Poznawanie siebie przez pryzmat niepolskich oczu, poznawanie innych przez pryzmat polskich doświadczeń.

Czy te relacje wiążą się z szokiem kulturowym? Słucham, obserwuję. W opowieściach bardzo często powtarza się, że wcale nie. Oczywiście, że odkrywa się różnice, jak to między ludźmi. Jednak czynnik ‘innego kraju’ nie niesie ze sobą tak wielkich barier, jakby się mogło na początku wydawać. Prywatnym odkryciem jest to, że towarzystwo niektórych Polaków bardziej mnie naraża na ‘szok kulturowy’ niż relacja z moim francuskim mężem o malgaskich korzeniach. W głowie rośnie mi teoria o zunifikowanej Europie. Być może poziom komunikacji międzykulturowej osób, które dużą część życia spędziły na starym kontynencie, jest sprawą uwarunkowaną personalnie, a nie terytorialnie. Wcale mi się to nie kłóci z oczywistym faktem istnienia wielu różnic między społeczeństwami. To oddzielny temat.


Powód, powódka

Wyjeżdżając, przenosząc system korzeni na obcy grunt trzeba się nastawić na konieczność wgryzienia się w nową ziemię. Wtopić się w nową rzeczywistość, poznać, oswoić się i oswoić ją, to konieczność. Łatwiej i prościej, gdy ma się dobry powód do zostania.

Jeden z nich, a wygląda na całkiem dobry, to jechać za sercem. Jadąc z(a) mężem/żoną/miłością będzie o wiele mniej pytań „czy dobra to decyzja”, „czy nie lepszą decyzją byłoby nie ruszać się”, „zostać czy wrócić”, „może wrócić, skoro ciężko, różne problemy i ludzie nieprzystępni”. W tym kontekście łatwiej. Poza tym, wiadomo, łatwiej we dwoje; bo “gdyby jeden upadł, drugi może podnieść swego towarzysza”. No przecież. To pomaga.


Mix kulturowy

Ale nie wszyscy za mężem czy żoną. Są różne motywy. Praca, studia, charytatywnie, w akcji naprawiania świata, za zmianą w życiu, za nowymi doświadczeniami, nowymi możliwościami. I wiele innych. Wydaje się czasem, że to wyjazd na chwilę, a potem z różnych powodów miesiące zamieniają się w lata. Tymczasem ludzie jadą, zostają i konfrontują się z obcą kulturą.

Słucham na przykład różnych historii o Londynie i nie wiem, czy miałabym cierpliwość przebijać się przez tą konstrukcję. W tym mieście szok kulturowy występuje w niezliczonych wydaniach (może dlatego, że Brytyjczycy trzymają się najczęściej osobno, napływowi mają ogromny problem, żeby rzeczywiście ‘wniknąć’ w nowe społeczeństwo, więc koniec końców trzymają się razem ze swoimi?). Tygiel, wielość krajów pochodzenia, a każdy niesie osobną obyczajowość, rozumienie świata. Wszystko byłoby może łatwiejsze, gdyby chodziło o spotkanie na wielkim obiedzie, porozmawianie na luźne tematy, potem każdy poszedłby w swoją stronę. Zdecydowanie trudniej, kiedy trzeba stać się częścią tego miejsca, ‘wybudować‘ swój dom. Codziennością jest szukanie wspólnego języka, wspólnych pojęć, tłumaczenie i przetłumaczanie najprostszych znaczeń, gubienie się i odnajdywanie w czyimś niezrozumiałym akcencie i sposobie mówienia.

towards changes

Temat można by ciągnąć jeszcze długo. Ale na razie na tym skończę. Dorzucę tylko, że każde przebudowanie swojego życia (zmiana kraju, pracy albo zawodu oraz wszelka inna duża zmiana) zabiera dużo czasu i energii. Nie ma sensu się stresować, że ‘obcy’ kraj trochę uwiera. Gdzieś słyszałam, że potrzeba dwóch lat, aby poczuć się zupełnie swobodnie i u siebie.

A Wy, emigranci?
Jakie są Wasze doświadczenia?

Przeczytaj więcej na podobny temat: