Rozkminy emigranta o wyjściu z tzw. „comfort zone”

Ostatnio piszę bloga mniej regularnie. Ot, nadeszły nowe sprawy, które zżerają czas i energię. Temat pracy wciąż na tapecie. Tworzenie swojego życia na nowo, od podstaw – bo emigracja właśnie to wymusza na człowieku – bywa radosne, a bywa żmudne. Jako że nie zamierzam z bloga zrobić „pamiętniczka”, więc aktualne sytuacje partykularne, osobiste spróbuję ująć w okrągłe zdania, jakieś spostrzeżenia, pewne reguły. Może to się komuś na coś kiedyś.. Podejrzewam, że wielu emigrantów obija się w którymś momencie o podobne kanty, futryny, potyka się o nierówności tej samej natury.

Aha, dziś nie będzie zdjęć. Jak się w końcu wezmę za tekścik o Marsylii, który od dłuższego czasu chodzi mi po głowie, to będziecie mieć ich aż nadto 😉

Co czeka emigranta jak już sobie wyjedzie i się osiedli w nowym kraju? Dużo radości, to pewne. Tak, specjalnie zaczynam od pozytywów, o tym też trzeba. Wyjazd i nowe życie to dużo okazji to westchnień z zachwytu i chwalenia życia, że takie dobre. Ale oprócz tego:

Etap pierwszego razu
Wszystko robi się po raz pierwszy. Robienie zakupów, wizyta u lekarza, telefon do banku, wyjaśnianie nieprawidłowo wystawionej faktury, kupowanie mięsa, nawiązywanie nowych znajomości, rozpoczynanie studiów czy szukanie pracy. Każda sprawa wydaje się terenem dziewiczym, gdzie trzeba przetrzeć swoje prywatne szlaki.

Co więcej, nie dotyczy to wcale jedynie PIERWSZEJ wizyty u lekarza, czy PIERWSZEJ rozmowy kwalifikacyjnej. Przez pierwszy okres emigranckiego życia nawet pojawia się sytuacja tego samego typu to i tak bardzo wiele parametrów się zmienia. W taki sposób tak czy inaczej zostajemy na etapie „pierwszego razu”.

Kulturowe kody
Trzeba je rozpracować. Przykład? Jak pewnie wiecie, Francuzi na przywitanie cmokają się w policzki. Dwa razy. Wchodzę na przykład na próbę chóru – jest już w sali około dwudziestu osób. Niektóre znam lepiej, a niektórych wcale. I nadal, nawet po półtora roku, nie jest dla mnie jasne, czy mam się przywitać podwójnym cmokaniem z każdą osobą, czy nie. Czasem witam się ze wszystkimi i mam wrażenie popełniania jakiejś śmiesznostki, a czasem zatrzymuję się na tej mojej bliższej grupie i nadal mam poczucie nietaktu. Podobna sprawa z opuszczaniem imprezy – Francuzi z reguły żegnają się osobiście z każdym.

Nowe szlaki
Wydeptywanie szlaków, jak to mówią Francuzi trouver ses repères, czyli znajdowanie swoich punktów orientacyjnych. Pewnie zdajecie sobie sprawę, że funkcjonując na co dzień w określonej rzeczywistości w podświadomości mamy swoje skrypty, według których załatwiamy codzienne sprawy. To dlatego potrafimy wrócić z pracy do domu, robiąc po drodze zakupy w znajomym spożywczaku myśląc zupełnie o czym innym. Po przeprowadzce wszystkie, nawet najprostsze i najmniejsze procedury musimy ustalić na nowo.

Gdy idziemy nową drogą, zawsze dokładniej rozglądamy się na boki, a droga automatycznie zajmuje więcej czasu.

Gdy idziemy po zakupy
Banalna sprawa, ale napiszę.

Po pierwsze niektórych produktów w ogóle nie ma. Twaróg, ser żółty typu „królewski”, dobra kiełbasa, majeranek, kasza, świeża kapusta kiszona i ogórki kiszone, soda oczyszczona (podobno jest, ale ani razu nie widziałam). Trzeba znaleźć zamienniki, albo odnaleźć te pojedyncze miejsca, gdzie dany produkt jednak występuje.

Po drugie. Niektóre produkty mają nazwy trudne do przewidzenia, a akurat o nich na zajęciach z francuskiego nigdy nie słyszałam. Cukier puder to nie sucre en poudre (nabrałam się za pierwszym razem) ale sucre glace a mąka ziemniaczana to fécule.

Po trzecie. Są też nowe produkty, których nie znaliśmy. Powoli zaczynamy z nich korzystać.

Ja – tożsamość i wizerunek
Na emigracji odkrywamy siebie, w części na nowo tworzymy. Nie mamy ze sobą naszej dotychczasowej reputacji, wizerunku, na który zapracowaliśmy wśród znajomych czy bliskich. Nikt nas nie zna.

Do tego okazuje się, że język nowego kraju jednak nas ogranicza. We Francji trzeba mówić jak Francuz (w pełnym tego słowa znaczeniu), żeby być traktowanym poważnie. Nawet jeśli mamy „petit joli accent” to będzie nam to wypominane w każdej sytuacji – na ogół w tych dla nas bardziej znaczących, szczególnie w kontekście pracy zawodowej.

Ostatnio słyszałam od koleżanki – Amerykanka, we Francji od wielu lat, spełnia się zawodowo i zdawałoby się, że nie ma żadnych powodów do zmartwienia na polu językowym – że „kiedyś była odbierana jako bardzo zabawna, lubiła żarciki, gry słowne, droczenie się z ludźmi – wszystko się skończyło, jak wyjechała ze Stanów”. Identyczną historię opowiedziała mi inna koleżanka – Francuzka, która przez jakiś czas mieszkała w Anglii. Okazuje się, że jest to rodzaj bariery, którą ciężko pokonać.

Takim sposobem ludzie odkrywają nas w wersji „raw”, bez ozdobników, ale prawdopodobnie bardziej prawdziwej. To i dobrze i źle jednocześnie. Na pewno daje to możliwość poznanie siebie na nowo i pewnie nawet wprowadzenia jakiś zmian, jeśli ktoś ma ochotę na pracowanie nad swoim charakterem

Comfort zone
Wszystko co jest emigracją to strefa poza comfort zone. To nie jest wcale nieprzyjemny, brzydki czy nieatrakcyjny teren Może nawet wręcz przeciwnie. Za to na pewno bywa trudny.

Ale przecież wszyscy coach’e od samorozwoju i rozwoju mówią, że aby coś osiągnąć, należy wyjść ze swojej strefy komfortu. W takim razie emigracja to świetna okazja.

Wpisy powiązane:
Kupowanie mięsa i rozkminy emigracyjne
Ważne składniki życia

***

Uśmiechnięta Iza
Cześć, jestem Iza! Pomogę Ci poczuć się tu jak w domu. Nieważne, czy przyjechałeś do Francji na wakacje czy na stałe.
W serialu słyszysz francuskie &^%$&,a lektor tłumaczy „ty ananasie!”. Pobierz Mały słownik wyrazów brzydkich, aby rozumieć więcej.

0 Odpowiedzi

  1. Jeszcze kminek (taki zwykły nie arabski cumin) i surowe buraki – kupienie ich graniczy z cudem tu gdzie mieszkam. Można by pomyśleć ze we Francji buraki rosną już ugotowane. Kilka lat temu kupienie korzenia pietruszki było nieosiągalne. Teraz jest lepiej bo przyszła moda na légumes anciens i zaczęli pietruszkę sprzedawać. A co do „joli petit accent” – jak ja Cie rozumiem. Do tej pory cierpnie mi skora jak to słyszę. Staram się nie brać tego na poważnie, ale i tak ciężko to przełknąć.

  2. Wyjście ze swojej comfort zone jest zawsze najcięższe, ale też daje największe usatysfakcjonowanie. Też przez to wszystko, o czym napisałaś powyżej, przeszłam jakieś 9 lat temu, ale czasem i do teraz coś jeszcze mnie zaskoczy, zadziwi 🙂 Ot, cały urok życia za granicą 🙂

    1. Dokładnie! Też bym to określiła jako urok życia (za granicą) 😀 Na razie wszystkie te punkty są jeszcze żywe i z niektórymi się zderzam i czasem trochę się muszę namęczyć (wiedząc, że w PL męczyć bym się akurat przy tej sprawie nie musiała…) ale z drugiej strony wiem, że to czasowe i minie 🙂

  3. Ooo tak, nowe produkty i szukanie „starych” to może być czasem niezła zabawa :P. Wymyśliłam sobie, że upiekę beagles, oprócz mąki potrzebne były drożdże. Jakoś tak się złożyło, że internet w komórce nam wtedy szwankował, a na polskiej półce nie było drożdży, więc zaczęła się rozkmina, jak znaleźć drożdże w szkockim tesco. Zagadaliśmy pana z obsługi, wyjaśniając, że potrzebujemy takiego magicznego cosia, dzięki któremu rośnie ciasto/chleb/pizza. Pan nie zajarzył. Poszliśmy więc na mrożone pizze, żeby zobaczyć, co im się w składzie powtarza, a pan po chwili przybiegł i powiedział, że koleżanka podpowiedziała mu, że pewnie nam chodzi o yeast (<3 szkocka obsługa klienta). Pan pokazał gdzie to stoi, a tam zdziwko – drożdże są tylko suszone i proszkowane, w opakowaniu jak do soli/cukru pudru. Człowiek się uczy całe życie 😉

    1. Haha, nie ma jak pogaduszki o robieniu zakupów na emigracji, co? 😀 Ale wiesz, ja też na początku trafiłam tylko na drożdże w proszku, dopiero po jakimś czasie okazało się, że na szczęście takie normalne też można kupić bez problemu 😀

      1. Jak widać to temat rzeka ;). Tutaj (Szkocja) nie ma też np kulkowego ziela angielskiego, jest tylko sproszkowane i weź tu człowieku ugotuj rosół ;P

        1. Co to za niedziela bez rosołu .. 😛 Ja ziele angielskie znalazłam jedynie w mieszance z pieprzem czarnym i białym. Nie do końca rozumiem, dlaczego nie ma ich tu osobno, ale niech im będzie, przeżyję 😉

          1. U mnie rosół, a raczej bulion warzywny to podstawa wszystkich zup, ostatnio namiętnie szalałam z zupami-krem, więc to JEST dramat ;D.

  4. Soda -> Le bicarbonate de soude znajdziesz w kazdym wiekszym sklepie, czesto w dziale chemii lub w spozywczym obok octu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Podobne na blogu

dziękuję

Został ostatni krok…

Sprawdź swoją skrzynkę mejlową i kliknij w potwierdzający link.

Wyślij mi wiadomość

A może chcesz poszukać czegoś na stronie?

Wyślij mi wiadomość

A może chcesz poszukać czegoś na stronie?

Zapisz się