Historia trochę banalna, przypadek i chwila. Służąca (albo kucharka – źródła różnie mówią) przygotowuje królowi deser. Aż dziwne, że skutki takie trwałe, a tamten moment nie gubi się w historii. Ale w końcu wyniesienie prostego babcinego przepisu do rangi ciastek, które zadowoliły królewskie podniebienie to nie takie byle co. W dodatku aż do dzisiaj mają trwałe miejsce na stołach. Przed Wami: magdalenki!

les madeleines

Historia królewskiego deseru
Magdalenki (les madeleines), niemalże wszyscy znają. A Madeleine Paulmier uśmiecha się do nas zza chmurki, że cieszy się, że w tamten wieczór w 1755 roku była obecna na zamku w Commerce (Lotaryngia), gdzie Stanisław Leszczyński przyjmował szlacheckich gości. Cieszy się również, że w kuchni przed końcem obiadu doszło do awantury, kucharz rzucił fartuchem i wyszedł odmawiając przygotowania deseru. Ale przede wszystkim cieszy się, że pamiętała przepis babci.
W zasadzie nic dziwnego, jest bardzo prosty.

Przepis na magdalenki
Składniki:
– 215 g masła
– 200 g cukru
– 215 g mąki
– 23 g miodu
– 5 jajek
– 6 g proszku do pieczenia

Krok po kroku:
1.rozpuść masło, wystudź trochę i przelej do metalowej miski
2. dodawaj pozostałe składniki ciągle mieszając
3. pozostaw na noc w lodówce (można zostawić na mniej, albo piec od razu i też wyjdzie)
4. w odpowiedniej formie (wypełnij muszelki do połowy, bo ciastka bardzo rosną) piecz ok. 10 min w temp. 180-200st.C.

les madeleinesles madeleinesles madeleinesles madeleines

Post scriptum oraz odpowiedni cytat:
PS1. Przepis pochodzi z książki Comment faire la cuisine Oliviera Nasti. Bardzo polecam.
PS2. Czynności kulinarne mieszają się czasem z atrakcjami lingwistycznymi. Ten odcinek sponsoruje słówko un cul de poule, czyli metalowa miska, a dosłownie kurzy tyłek.
PS3. Jeszcze z genezy fenomenu magdalenek. Ciastka smakowały również Proustowi. Musiało być to znaczące doświadczenie, gdyż poświęcił im bardzo wymowny opis w W poszukiwaniu straconego czasu. Już wiadomo, madeleines wywołują najlepszy efekt, gdy są maczane w herbacie.

les madeleines

“Un jour d’hiver, comme je rentrais à la maison, ma mère, voyant que j’avais froid, me proposa de me faire prendre, contre mon habitude, un peu de thé. Je refusai d’abord et, je ne sais pourquoi, me ravisai. Elle envoya chercher un de ces gâteaux courts et dodus appelés Petites Madeleines qui semblent avoir été moulés dans la valve rainurée d’une coquille de Saint-Jacques. Et bientôt, machinalement, accablé par la morne journée et la perspective d’un triste lendemain, je portai à mes lèvres une cuillerée du thé où j’avais laissé s’amollir un morceau de madeleine. Mais à l’instant même où la gorgée mêlée des miettes du gâteau toucha mon palais, je tressaillis, attentif à ce qui se passait d’extraordinaire en moi.

[…]

Et tout d’un coup le souvenir m’est apparu. Ce goût c’était celui du petit morceau de madeleine que le dimanche matin à Combray […] ma tante Léonie m’offrait après l’avoir trempé dans son infusion de thé ou de tilleul. La vue de la petite madeleine ne m’avait rien rappelé avant que je n’y eusse goûté […]. Mais, quand d’un passé ancien rien ne subsiste, après la mort des êtres, après la destruction des choses, seules, plus frêles mais plus vivaces, plus immatérielles, plus persistantes, plus fidèles, l’odeur et la saveur restent encore longtemps, comme des âmes, à se rappeler, à attendre, à espérer, sur la ruine de tout le reste, à porter sans fléchir, sur leur gouttelette presque impalpable, l’édifice immense du souvenir.

Et dès que j’eus reconnu le goût du morceau de madeleine trempé dans le tilleul que me donnait ma tante […] aussitôt la vieille maison grise sur la rue, où était sa chambre, vint comme un décor de théâtre […] et avec la maison, la ville, la Place où on m’envoyait avant déjeuner, les rues où j’allais faire des courses depuis le matin jusqu’au soir et par tous les temps, les chemins qu’on prenait si le temps était beau […] et les nymphéas de la Vivonne, et les bonnes gens du village et leurs petits logis et l’église et tout Combray et ses environs, tout cela qui prend forme et solidité, est sorti, ville et jardins, de ma tasse de thé.”

Marcel Proust, “Combray”, Du coté de chez Swann, À la Recherche du temps perdu, 1913