Emigracja zmieniła mnie samą + KONKURS

Gdy przyjmuje się integrację z Nowym Krajem jako naturalną kolej rzeczy życia na emigracji (a nie wszyscy tak to widzą), Nowy Kraj wnika do środka człowieka i go kształtuje. Na swoje podobieństwo, chciałoby się powiedzieć.

Niezwykle ciekawa rozmowa. O francuskiej emigracji – to się akurat nie zmienia w cyklu Francuskie Historie Polek. Jednak jeszcze bardziej o wewnętrznej przemianie, stawaniu się, dojrzewaniu. Przemianie myślenia. Z ważnych wątków wymieniłabym również… Polskę.

We Francuskich Historiach Polek zadaję niezmiennie te same pytania. Chcę nimi wyłuskać emigranckie doświadczenie, które może przydać się tym, którzy zastanawiają się nad przeprowadzką do Francji na dłużej. Każdy wywiad niesie nowe spojrzenie i mnóstwo praktycznych wskazówek.

Na koniec, razem z Agnieszką przygotowałyśmy dla Was konkurs. Nagrodą jest jej świeżo wydana książka “Odchodzić”.

Rozmowa z Agnieszką mieszkającą w Bordeaux

Opowiedz parę słów o sobie na początek. Jak wyglądało Twoje życie przed wyjazdem z Polski? Czym zajmujesz się na co dzień teraz we Francji?

Moje dzieciństwo przypadło na lata szarego PRL-u, kartek na żywność, kolejek po chleb, kawę i papier toaletowy. Było też naznaczone kilkoma aresztowaniami mojego ojca – za poglądy i działalność polityczną, łzami mojej mamy, biedą po prostu ale też momentami bezgranicznego szczęścia na wakacjach u dziadków czy niedzielach spędzonych u mojej chrzestnej. Mieszkaliśmy na początku w Kołobrzegu, następnie w Koszalinie – ja w międzyczasie mieszkałam rok w Wałczu z dziadkami i w końcu w Poznaniu – od 13 roku życia czyli od 1986 roku. Przed moim pierwszym wyjazdem do Francji byłam po prostu licealistką, bardzo dobrą uczennicą, zafascynowaną Francją i jej kulturą. W klasie 3 i 4 liceum wyjechałam na dwie wymiany do Rennes, a zaraz po maturze wyjechałam do Francji…

Teraz jestem nauczycielką historii-geografii we francuskich gimnazjach i liceach, przygotowuję też młodzież do egzaminów na Sciences Po z historii i z geografii, współpracuję zresztą wciąż z Naukami politycznymi gdyż egzaminuję tam studentów kilka razy w roku. Piszę artykuły i książki.

Emigracja zmieniła mnie samą Agnieszka

O POCZĄTKACH WE FRANCJI

Od kiedy jesteś we Francji? Jak to się stało, że osiadłaś tu na stałe?

Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie… 27 wrzesień 1992 roku, Boulevard Saint Michel, Paryż. Mam 18 lat i samiuteńka wysiadam z autobusu, po 24 godzinach podróży, z wielką pomarańczową walizką i zielonym plecakiem ze stelażem. Nikt na mnie nie czeka. Nikogo tutaj nie znam. Rozglądam się dookoła. Szukam wzrokiem taksówki. Wiem, że mam dojechać w okolice Wieży Eiffel’a do pewnej arystokratki – Nicole de Fouchecour. W ręku, od kilku godzin, miętolę kawałek papieru z jej adresem i numerem telefonu. Moi rodzice, poprzez ich kontakty w KIK-u czyli Katolickim Klubie Inteligencji, związanym z “Tygodnikiem powszechnym” załatwili mi 3 pierwsze noclegi u nieznajomej.

Na wieczór dojadę… taksówkarz oszuka mnie na kilkadziesiąt franków i okaże się gburem. Nicole przywita mnie serdecznie, dostanę piękny pokój z łazienką ale od razu poczuję się jak łachmaniarz i biedota nie z tego ”jej świata”. W życiu nie widziałam takich mebli, takiego wnętrza, takiego mieszkania. Nie znałam reguł tego świata, nie umiałam tutaj funkcjonować.

Jakie są Twoje wspomnienia z pierwszego roku po zamieszkaniu we Francji? Co było najprzyjemniejsze, a jakie aspekty okazały się trudne?

Mój pierwszy rok we Francji był pod wieloma względami tragiczny. Po pierwsze źle wybrana rodzina do wykonywania pracy au pair, mieszkająca w 5 strefie (zonie) pod Paryżem, daleko wszędzie. Rodzina nastawiona na dziewczyny z Europy centralnej i to tylko w jednym celu – by je wykorzystać. Dzieci chore fizycznie i psychicznie: dziewczynka głucho-niema i opóźniona w rozwoju lat 5 i chłopak z konsultacjami u psychiatry co środę. No to wpadłam jak ta przysłowiowa śliwka w kompot i nijak, przez cały rok, nie mogłam się z tego wykaraskać. Po wielu miesiącach męki i znęcania się nad moją osobą skończyłam próbą samobójczą w dniu 19 maja 1993 i na reanimacji w szpitalu.

Pozytywem okazały się studia na Sorbonie, o których jako licealistka po nocach marzyłam. Skończyłam pierwszy rok filozofii i Lettres modernes (literatura współczesna), ale zaliczono mi tylko pierwszy semestr bo na połowie egzaminów nie zdołałam być z powodu pobytu w szpitalu.

Poznałam wielu znanych, tutaj we Francji, profesorów. To był mój raj w tym czasie.

Najtrudniejsze było… życie tutaj, ciągły brak pieniędzy; kontakty z rodzicami ograniczone do kilku listów oraz 10 minut telefonu w tygodniu, bo 50 franków kosztowała karta na tę rozmowę; nierozumienie tego świata wokół, tej kultury; wyczerpująca praca i ogromne, ogromne zmęczenie.

FRANCJA I FRANCUZI NA CO DZIEŃ

Czy przed wyjazdem znałaś język francuski? Jaką rolę znajomość języka odegrała dla Ciebie w odnalezieniu się we Francji?

Francuskiego zaczęłam się uczyć w liceum czyli dość późno, choć znałam kilka słów i piosenek od mojej babci, która przed 2 wojną światową w Wilnie miała francuską guwernantkę. Zresztą to babcia namówiła mnie na francuski. W klasie maturalnej znałam język już na tyle dobrze, że byłam w 10-cio osobowej grupie uczniów, która nagrywała programy edukacyjne dla polskiej TV. Uwielbiałam moją nauczycielkę panią Ewę Librowską. Niestety ta znajomość francuskiego na polskim gruncie okazała się zupełnie niewystarczająca na francuskiej ziemi. Pierwsze zajęcia z literatury – analiza sonetu Ronsard’a, z której nie zrozumiałam NIC. Pierwszy egzamin z semiotyki ocena 2/20. Totalna załamka. Wydawało mi się, że jeśli się nauczę, tak jak w Polsce, wszystkiego z lekcji i wykładów to zdam. A tu się okazało, że to tylko pierwszy etap, trzeba było jeszcze umieć wykorzystać tą wiedzę praktycznie i zgodnie z metodą. Doszkoliłam się później. Bardzo ostro pracowałam nocami, dniami… praktycznie non stop by wszystkiemu sprostać. Częściowo się udało osiągnąć jakieś drobne sukcesy.

Czy było Ci łatwo odnaleźć się wśród Francuzów i poczuć się jak „swoja” a nie „przyjezdna”? Co może pomóc?

Bardzo długo czułam się przyjezdna… nie wiem czy nie do 2012/2013 roku czyli prawie 20 lat. Problem w tym, że i teraz są momenty, w których czuję się obca. W Polsce jednak też czuję się obco i to od wielu lat. Mam męża Francuza, ale jego rodzice traktują mnie jak obcą i do dzisiaj w kontaktach jesteśmy na per Pan, Pani. Nigdy nie zaproponowali mi zmiany tego układu. Mamy ciężką przeszłość za sobą. Z rodziny męża poza kilkoma osobami nikt nie utrzymuje ze mną kontaktu, ale mój mąż też go z nimi nie ma. Taki typ rodziny rozlazłej, nie trzymającej się razem.

Ważną rzeczą dla emigranta jest odnalezienie się na lokalnym rynku pracy. Jak to wyglądało u Ciebie?

Zaczynałam od studiowania i bycia fille au pair. Bardzo ciężkie było to połączenie i słono za nie zapłaciłam. Musiałam wrócić do Polski w 1993, postudiować sobie na Filologii romańskiej w Poznaniu przez 2 lata. Było to totalnym niewypałem, bo nie były to studia takie jakie znałam z Sorbony tylko szkółka naiwnych panienek. Przepraszam za to wyrażenie, ale tak to odbierałam i męczyłam się strasznie.

Dlatego pracowałam na kilka etatów obok studiowania… nosiło mnie. Chciałam do Francji, i to pomimo tego co mnie spotkało. Jeździłam więc jako pilot wycieczek nad Loarę i do Paryża aż do 27 lipca 1995 roku. Wtedy spotkałam mojego dzisiejszego męża w Poznaniu. Zakochanie, szaleństwo…  We wrześniu dołączyłam do niego w Rennes. Musiałam więc pracować by żyć.

Moje pierwsze prace to pilnowanie dzieci, sprzątanie, prasowanie – tak przez dwa lata. Jednocześnie studia: Licencjat z Lettres Modernes, Licencjat z FLE i Magister z rosyjskiego: język i cywilizacja – w 2 lata. Harówa. 5-6 godzin snu, praca i studia plus kłopoty z rodziną. W studiowaniu byłam jednak dobra. Miałam same Mentions Très Bien więc moi profesorowie bardzo naciskali bym szła dalej, na studia doktoranckie. I tak się stało.

Dostałam stypendium naukowe… po raz pierwszy w życiu. Przyjęto mnie do Paryża do szkoły EHESS ( Ecole des Hautes études en sciences sociales) i na Sciences Po. To był zaczarowany świat orgazmów intelektualnych. Profesorowie, nazwiska francuskiej elity, i ja malutka w tym wszystkim. Nie musiałam pracować. Co prawda dostawałam grosze stypendium, ale Stéphane dobrze zarabiał, więc dobrze nam się żyło. Pisałam artykuły –  wtedy zarabiałam dodatkowo, jeździłam do Rosji i w ogóle po świecie. Zarabiałam też pisząc raporty dla Francuskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych (biuro CAP – Centre d’analyse et de prevision). Dostawałam za to 300 euro dziennie! Dobre czasy!

W końcu mnie zatrudnili w Sciences Po i w Ministerstwie ale tylko na kontrakty CDD, odnawiane co roku – spędziłam tak 6 lat. Byłam asystentką badań (de recherches). Poznałam mnóstwo ludzi z wielu krajów, podróżowałam kilkanaście razy w roku, pisałam, publikowałam. Aż mąż się wkurzył i zafundował nam przeprowadzkę do Bordeaux, bo nie mógł już wytrzymać w Paryżu…

Zarabiałam zbyt niestabilnie jak na Paryż, chcieliśmy założyć rodzinę, a on sobie tego w Paryżu nie wyobrażał. Ze łzami zgodziłam się. W Bordeaux skończyłam doktorat w jeden rok – razem 4,5 roku pracy i kontynuowałam moją pracę w Paryżu dojeżdżając.Urodził się jednak Antek i się skończyło… dość szybko. Antosia choroba – astma, hospitalizacje i moja niedyspozycyjność sprawiły, że od 2007 roku nie podpisano ze mną kontraktu pracy. Zostałam z niczym.

Rozpoczęłam pracę jako dziennikarka dla La vie des idées i dla Books na pół etatu. Mąż jednak wciąż narzekał, że pieniędzy mało i że niestabilnie. Rzeczywiście, mogłam zarobić trochę w jednym miesiącu a w kolejnym zero. Popadałam w depresję. Nie mogłam znaleźć żadnej pracy w Bordeaux i sam pan Alain Juppé spotykając się ze mną, w sprawie pracy właśnie, powiedział «Mogę dla pani coś znaleźć w Paryżu, ale tutaj w Bordeaux niestety nic nie ma, trzeba zdawać konkursy administracyjne».

Przez te kilka lat więc pracowałam w różnych szkołach, od podstawówki po liceum, jako nauczyciel kontraktowy jak była praca oczywiście czyli znów niestabilnie. W końcu mąż mój stracił swoją pracę i pomimo bezrobocia było nam ciężko finansowo. Zrobiłam więc kurs na… nianię, czyli assistante maternelle… W tej roli pracowałam przez rok zarabiając ponad 2 tysiące euro miesięcznie. Jednak choć bardzo lubię dzieci to bycie nianią mnie nie satysfakcjonowało.

Zdecydowałam więc w 2012 roku zdać konkurs na nauczyciela Historii-Geografii by w końcu ustabilizować moją sytuację zawodową. Historia – moja pasja ale geografia? Nie miałam jej od liceum. Okazało się, że konkurs zdałam śpiewająco. Zajęłam 27. miejsce we Francji na ponad 6 tysięcy wyjściowych kandydatów.

Od tego czasu uczę i uczę się i uwielbiam to! Konkurs jest korbiasty, zarobki niskie, ale da się żyć.

Emigracja zmieniła mnie samą Agnieszka

Jaką radę mogłabyś dać osobie, która właśnie przeprowadziła się w te strony i chce znaleźć pracę? Od czego powinna zacząć?

Nie bardzo wiem jakie rady dać komuś kto tutaj szuka pracy… Oprócz dobrej znajomości języka i nie dawania się traktować jak obywatel drugiej kategorii…

Jestem i zawsze byłam za energicznym i strategicznym podejmowaniem decyzji. Więc jeśli emigracja to emigracja, to dobrze podjąć próbę jak najszybszego zaasymilowania się. Dotyczy to języka, kontaktów z Francuzami, pracy wśród Francuzów, a także przyjęcia ich systemu konkursów czy rekrutacji.

Pamiętam bowiem zbyt dobrze polskie emigracyjne środowisko z Rennes, gdzie sporo osób nie pracowalo i kombinowalo szukając pracy wśród Polaków i uskarżając się na francuski system. Wiadomo jednak, że praca we Francji oznacza ciężką pracę, harówkę. Nie płakanie w telefon i wspominanie Polski a ciężką, intensywną pracę każdego dnia.

Pracy nie szuka sie w biurach pracy bo tam są na nią marne szanse. Z tego co poznałam najlepiej sprawdzają się tzw. spontaniczne kandydatury do miejsc pracy, które się nie ogłaszają. Znajomości również odgrywają znaczacą rolę we francuskim systemie. Tak więc poznanie jak największej ilości osób i  dobra komunikacja z nimi mogą ułatwić sprawę.

Nie należy się też zrażać brakiem odpowiedzi na CV. Wręcz przeciwnie, należy dzwonić i dobijać się pokazując tym samym, że nam zależy. Natrętctwo często tutaj, nad Sekwaną, popłaca.

Prowadzisz dwa blogi Niania w Paryżu oraz kulinarny Est-Ouest. Skąd się wziął na nie pomysły?

Pisanie w sieci wzięło się od zwykłej miłości do pisania, po prostu, w notesach, zeszytach… zaczęłam do dzienników w “Twoim Stylu”, potem przyszły blogi.

Jesteś mamą Antka. Często o nim piszesz na blogu. Opowiedz, jak to jest być mamą na emigracji? 

Tak, jestem mamą Antka, który w lipcu tego roku skończy 12 lat. Nie wiem czy jest coś specyficznego w byciu mamą na emigracji. Staram się jeździć z nim do Polski przynajmniej raz w roku. Staram się zwracać do niego po polsku choć on zawsze odpowiada mi po francusku. Antek ma całą biblioteczkę polskich książek i filmów ale sam po nie nie sięga. Gdy czyta lub ogląda filmy po polsku muszę być przy nim, bo wszystkiego też nie rozumie.

Z okresu wczesnego dzieciństwa Antka pamiętam moje odrzucenie “polskich macierzyńskich prawd” czyli tego wszystkiego czym próbowano mnie karmić w ciąży i na początku antkowej egzystencji: że poród to straszny ból i w ogóle dramat – zupełnie inaczej było u mnie i inaczej to pamiętam; że kobieta w ciąży to jajko, ma nie pracować – dojeżdżałam do Paryża w ciąży i od 10go tygodnia po urodzeniu Antka dojeżdżałam z powrotem i to na kilka dni – moje dziecko nie miało choroby sierocej; że dziecko ma spać w pokoju z rodzicami i że trzeba je lulać i usypiać – nigdy tak nie było i Antek swoje noce zaczął przesypiać od 6 tygodnia życia.

Z żadną sjestą nigdy nie miałam najmniejszego problemu co wyraźnie się nie podobało rodzinie w kraju i musiałam wysłuchiwać “jak to? jak ona tak może?”; nie dawałam słodkich herbatek, chrupek całymi dniami itd. Od początku wprowadziłam francuski wychów i francuskie warunki i bardzo, bardzo to sobie do dzisiaj chwalę.

Na czym polega francuski system wychowania Twoim zdaniem?

Jak dla mnie francuski styl wychowania polega głównie na uznaniu dziecka za odrębną osobę i daniu jej maksimum wolności, a czasem i odpowiedzialności – oczywiście wszystko dostosowane do wieku. Zaczynamy od samodzielnego spania i braku « lulania », poprzez samodzielne doświadczenia na placach zabaw po bardzo wczesną skolaryzacje – już od 3 roku życia.

Dziecko już w tym wieku może być odpowiedzialne za swoją przytulankę czyli « doudou », za swoje łóżeczko, itd. Jestem też zagorzałą zwolenniczką otworzenia przed dzieckiem «  wszystkich możliwości » czyli nie mówienia mu, że jest za małe, że mama nie ma czasu, że skoro rodzice tego nie skosztowali to ty tez nie skosztujesz, a wręcz przeciwnie – za pokazaniem maluchowi wszystkiego co dla nas jest dostępne.

Chce szermierki w wieku 4 lat – niech próbuje szermierki  – Antek tak miał! Chce pianina niech próbuje gry na pianinie! Chce powiedzieć natrętnej babci, ze nie chce « buzi » niech mówi.

My rodzice jesteśmy moderatorami, wychowawcami tej Osoby, która nie jest naszą własnością. Sama miłość nie wystarczy, jak podkreśla moja ulubiona francuska psycholog Claude Halmos – potrzeba wychowania, pokazania norm społecznych, czasem korygowania ale bez przemocy.

Emigracja zmieniła mnie samą Agnieszka

POLKA NA EMIGRACJI

Emigracja zmienia w życiu niemal wszystko. Jakie zmiany odczuwasz najmocniej?

Emigracja zmieniła wszystko w moim życiu. Tak… to zdanie jest prawdziwe. Najbardziej jednak chyba zmieniła mnie samą. Ta moja podstawa, tożsamość, te korzenie i ta świadomość, że wiem kim jestem, skąd i co ze sobą i w sobie niosę strasznie się wyostrzyła. Z maltretowanego, niepewnego siebie Kopciuszka stałam się kobietą, która wie czego chce i realizuje to czego pragnie. Kobietą, która nie da się zastraszyć, przekonać do konwenansów i opinii, których nie uważa za swoje.

Emigracja nauczyła mnie samodzielności i dążenia do celu bez oglądania się na innych i na to co inni powiedzą. Nie zawsze jest to łatwe, często staje się to źródłem konfliktów, napięć, ale i zerwanych relacji.

Emigracja oduczyła mnie myślenia przez pryzmat “my i nasze” otworzyła mi szeroko oczy i umysł na świat, przewartościowała moje młodzieńcze prawdy o patriotyzmie (którego dzisiaj szczerze nienawidzę), o naszej martyrologii i misji, o byciu matką Polką, ale też o naszej rzekomej “niższości” i biedzie. Podchodzę do wszystkiego bardziej indywidualnie, z namysłem, z dystansem.

My i nasze? Co masz na myśli?

My i nasze – to odczuwam przyjeżdżając regularnie do Polski, ten podział świata. Jesteśmy my, Polacy, nasz język, nasi bohaterowie, nasza martyrologia, szczególnie ta z II wojny światowej i z czasów PRL… to wszystko w polskim dyskursie stoi wciąż w opozycji do tego co Inne, obce.

Tymczasem emigracja pokazała mi wyraźnie, że to “MY” jest częścią bardziej globalnego świata, gdzie linia podziału jest krzywa.

Dzisiejsze polskie elity intelektualne są znacznie bliżej francuskich elit intelektualnych niż polskiej klasy robotniczej. Świadczy o tym ich styl życia, sposób wypowiadania się  i postrzegania. Polacy wycierpieli sporo, ale nie więcej niż mieszkańcy Konga czy Argentyny. Tego w polskiej mentalności do dziś nie widzę. Tego zrozumienia, otwarcia na świat i przyjęcia, że My i Oni to nie My i wrogowie, tylko My i ludzie z innymi tradycjami, historią i mentalnością.

To mnie aż boli… gdy mam do czynienia z Polakami, niektórymi Polakami. I to jest też powodem wielu zerwanych relacji między mną, a niektórymi członkami mojej rodziny, którzy mojej postawy nie rozumieją i wykrzykują mi w twarz, że nie jestem prawdziwą Polką.

Gdybyś mogła cofnąć czas, czy jeszcze raz zdecydowałabyś się na Francję? Może coś zrobiłabyś inaczej?

Gdybym mogła cofnąć czas… byłabym tą samą młodą 18-letnio dziewczyną, ale z tym silnym charakterem, który mam dzisiaj i nie zmarnowałabym tylu szans… Jest jeszcze jeden kraj, do którego mogłabym wyemigrować – Kanada, którą uwielbiam!

Czy zdarza Ci się tęsknić za Polską? Za czym najbardziej?

Nie, nie zdarza mi się to często. Raczej bardzo, bardzo rzadko… To, za czym tęsknię to Polska bardzo konkretna i osobista. Za ogrodem dziadków, kilkoma osobami. Na codzień jednak Polski mi nie brakuje. Polskie jedzenie mogę zrobić w domu, część kupić też, polską TV Polonia odbieram ale nie oglądam od wielu miesięcy bo nie cenię propagandy PISu, książki i prasę zamawiam, prenumeruję. Niczego mi nie brakuje. Wręcz przeciwnie chyba… jak jadę to po kilku dniach chcę wracać do Francji bo wiele rzeczy mnie w dzisiejszej Polsce boli i rani. We Francji też, choć dużo mniej.

Czy do emigracji we Francji można się przygotować? Co poradziłabyś osobie, która zastanawia się nad wyjazdem na stałe do kraju nad Sekwaną?

Do emigracji jak najbardziej można się przygotować… i nie tylko językowo czy czysto informacyjnie, ale też poprzez budowanie od dziecka – to już rola rodziców – silnego charakteru i szczęśliwego dzieciństwa jako tej bazy, tego zabezpieczenia na przyszłość, bez którego niesie się na plecach worek ołowiu.

Emigracja jest wyzwaniem, trudnym i ciężkim dla kogoś kto ma ambicje zrobienia czegoś więcej niż tylko popracowania byle gdzie i zarobienia na mieszkanie czy dom w Polsce. Bo poza kwestią finansową jest też w niej pytanie o integrację i moje miejsce w danym społeczeństwie, moje “ja” pośród Innych. To niesamowicie trudne.

Na koniec, powiedz proszę, jakie jest Twoje ulubione miejsce we Francji, które Twoim zdaniem, koniecznie trzeba zobaczyć.

Jest ich tyle… nie potrafię wybrać jednego… To ulica Jacob w Paryżu, moje dawne miejsce pracy pod numerem 56 i prawie naprzeciwko restauracja 35 rue Jacob – miejsce historyczne, obiadów francuskiej inteligencji I gości ze świata to tutaj poznałam ich tak wielu… ale mogę wymienić kilka setek innych…

Ostatnio to maleńka plaża w Le Moulleau czyli dzielnicy Arcachon, na której jestem wieczorami, w sezonie… z moim koszem piknikowym, kieliszkiem różowego wina, czasami z przyjaciółmi… stopy w Atlantyku, wzrok w kierunku zachodzącego słońca i myśli czasem tutaj, czasem w Polsce, czasem w Wilnie albo na Wołyniu…

Linki do materiałów wymienionych w wywiadzie:

Blog Niania w Paryżu

Blog kulinarny Agnieszki

KONKURS

W połowie października (2017) nakładem wydawnictwa Novae Res ukazała się nowa książka Agnieszki, “Odchodzić”. Jak mówi autorka, myślą przewodnią książki jest koniec życia ludzkiego, ale nie jest to lektura tylko o smutku i żałobie. To raczej saga rodzinna, w której wątki historyczne, takie jak II wojna światowa w Berlinie i na Wołyniu, wczesny PRL i polskie lata 2000 znajdują swoje miejsce.

Aby wziąć udział w konkursie, wystarczy w komentarzu pod tym wpisem opowiedzieć anegdotę z życia we Francji lub z Francją w tle. Najciekawszą moim zdaniem odpowiedź nagrodzę książką. Konkurs trwa do 19. listopada do północy. Powodzenia!

*

Przeczytaj poprzedni wywiad z cyklu Francuskie Historie Polek:
Francja zawsze była krajem moich marzeń

By | 2017-11-10T23:01:36+00:00 Listopad 10th, 2017|emigracja, francuska codzienność|2 komentarze
  • Katarzyna Zdeb

    Mieszkam w Alzacji 4 miesiąc.. jakież było moje zdziwienie, że można tyle rzeczy robić na spokojnie..to takie NIEpolskie 😉 wybrałam się dość szybko po przyjeździe do lokalnego marketu- coś jeść trzeba 😉- zapakowałam zakupy do koszyka i stoję przy kasie.. za mną kilka osób przede mną pani kasjerka kasuje produkty klientki spokojnie pakującej ich do torby..p.kasjerka skończyła.. klientka w spokoju, powolutku dalej wkłada po jednej rzeczy do torby.. p.kasjerka- uśmiecha się, zagaduje..mnie już serce szybciej bije bo nauczona doświadczeniem w naszej polskiej rzeczywistości, ktoś z kolejki wybuchnie, więc nerwowo odwracam się.. NIC!!! SPOKÓJ! ludzie uśmiechnięci..spokojnie czekają.. patrzę na panią przede mną- skończyła pakować, teraz zaczyna szukać portfela!! No nie!! Teraz to naprawdę się zacznie i znów serce mi mocniej bije! I znów rozglądam się jak wcześniej, a tu ten sam spokój!! Wyszłam ze sklepu w głębokim szoku! A jednak można na spokojnie zrobić zakupy!!! 😃 do dnia dzisiejszego nic się nie zmieniło- no może poza tym, że przy kasie nie czekam już na awantury innych! 😀

  • Aleksandra Janicka

    Podczas pobytu w Paryżu jakież było moje zdziwienie, że w stolicy Francji bardzo trudno spotkać prawdziwego, rodowitego francuza. Większość stanowią emgranci, którzy świetnie odnajdują się w Mieście Świateł. Jakież było moje zdziwienie, jak w szybkiej kolei zwanej RER spotkaliśmy polaków i udało nam się odnaleźć drogę na Cmentarz Père-Lachaise.. Bardzo klimatyczne miejsce… Tak mi się skojarzyło z “Odchodzeniem”… Pozdrawiam,